niedziela, 16 marca 2014

Zapowiedź "Pięćdziesięciu z Fukushimy" - Ad Spectatores

21, 22 oraz 23 marca zapraszamy na premierę w Browarze Mieszczańskim. "Pięćdziesięciu z Fukushimy" w reżyserii Macieja Masztalskiego to specjalność Teatru Ad Spectatores, czyli thriller z domieszką surrealizmu. Rozrywka na najwyższym poziomie w sam raz na przywitanie wiosny.

Mijasz ich co dzień na ulicy. Czasem kilkanaście razy w ciągu doby. Nieznaczny obrót głowy, gwałtowne spojrzenie. W głowie pozostaje nieostry obraz. Widziałeś ich? Czujesz na ramieniu czyjąś dłoń. Dotykają Cię prawie codziennie. Nikt nie wie kim są. Nikt nie zna miejsca ich pobytu. Wiadomo jedynie ilu ich jest.
Kiedy zabili piętnastu, wybuchł Wezuwiusz.
Zlikwidowali dwudziestusześciu, a Czarna Śmierć zmiotła blisko połowę mieszkańców Europy.
Zamordowali siedemnastu, rozpoczęła się inkwizycja.
Wyeliminowano trzydziestu trzech, Żółta Rzeka w Chinach wystąpiła z brzegów.
Pozbyli się czterdziestu, Amerykanie zrzucili bombę w Nagasaki.
Jeden człowiek wiedział kim są…



reżyseria: Maciej Masztalski
scenografia: Ewa Beata Wodecka
obsada: Anita Balcerzak, Aleksandra Dytko, Martyna Witowska, Marcin Chabowski, Włodzimierz Chomiak, Arkadiusz Cyran, Łukasz Chojęta


czwartek, 13 lutego 2014

Recenzja "Historia brzydoty" - Wrocławski Teatr Pantomimy

"Raz, dwa, trzy... znikasz ty!"

Mówi się, że anoreksja jest chorobą duszy. Mylnie uważa się ją za chorobę współczesną oraz że główną jej przyczyną są projektanci mody czy też reklamy promujące nadmiernie wychudzone ciało. Tak zwany efekt mass mediów kreujący wzorzec piękna jest tylko jednym z wielu bodźców, który musi trafić na podatny grunt. Anna Piotrowska bynajmniej nie odpowiada na pytanie jakie są przyczyny tej choroby. Jej spektakl nie jest poradnikiem wyprowadzającym z tego stanu, a raczej pamiętnikiem uzewnętrzniającym bezsilną walkę z boginią Aną.

Reżyser posłużyła się wieloma środkami wyrazu, na jej artystyczny collage składa się oczywiście szeroko rozumiany teatr ruchu (pantomima, taniec) wzbogacony słowem oraz szczyptą wokalu. Połączenie interesujące i udane. Kłócił się jednak dźwięczny tytuł z pięknem aktorek. Z drugiej strony ten antagonizm paradoksalnie podwójnie skupiał uwagę na problemach psychicznych bohaterek. W końcu anoreksja dotyka osób dążących obsesyjnie do perfekcji. O ile u Eco brzydota miała wiele oblicz, to demon u Piotrowskiej ma tylko jedno, za to wyraziste. Bohaterki stają się opętane przez boginię, która krok po kroku wciąga je w tragiczny trans umartwiania ciała i duszy.

Na scenografię składają się rekwizyty oraz światło utrzymujące nastrój przypominający średniowieczną komnatę tortur, z jej głównym narzędziem, czyli starą szpitalną wagą. Oszczędna sceneria pełniąca rolę jadalni, łazienki czy wybiegu dla modelek idealnie uzupełniała się z grą świateł i muzyką. Szczególnie ta ostatnia mocno podkreślała emocje, które oglądaliśmy na scenie. Tworzyła mroczne tło, by nieoczekiwanie zmienić rytm i styl odzwierciedlając emocjonalną, wewnętrzną walkę bohaterek. Walkę, z góry skazaną na przegraną.

W jednej z najciekawszych scen bohaterka pożera się i jest pożerana przez inne anorektyczki. To bardzo sugestywne porównanie anoreksji do kanibalizmu jest bardzo trafne. Inną sceną jest wspomnienie zabawy w chowanego z dzieciństwa. Niewinna gra staje się analogią do rzeczywistego, stopniowego zanikania. Trzeba przyznać, że sceny z ruchem świetnie uzupełniały te udramatyzowane.

"Historia brzydoty" to udany spektakl poruszający ważny temat. Istnieje duża potrzeba, aby uwrażliwiać społeczeństwo na problem anoreksji i tak subtelny teatr jest na to idealnym środkiem przekazu. Wzruszające zakończenie nie niesie ze sobą optymizmu, bo też nie taki był zamiar. Jest mocną puentą przedstawienia, które na pewno żadnego widza nie pozostawi obojętnym.

Historia brzydoty
reżyseria i choreografia, scenografia, światło: Anna Piotrowska
muzyka: Michał Mackiewicz
Kostiumy: Anna Piotrowska/Adam Królikowski


Obsada: Anaza – Izabela Cześniewicz
Anaszka – Agnieszka Dziewa
Anaria – Maria Grzegorowska
Anagi – Agnieszka Kulińska
Anakha – Monika Rostecka

wtorek, 11 lutego 2014

Zapowiedź "Symulakra" - Teatr Na Wagę

Premiera "Symulakra" wrocławskiego Teatru Na Wagę to główny kulturalny punkt nadchodzącego weekendu. Spektakl w reżyserii Katarzyny Pergoł na podstawie dramatu Mateusza Bobowskiego, laureata Ogólnopolskiego Konkursu „Debiut na wagę”.

Dramat podejmuje problem hiperrealności, w której prawdziwe znaki tracą więź z rzeczywistością. Generowana w ten sposób ciągła symulacja przybiera formę udawania, tworzącego codzienność. Sam autor, zainspirowany myślą francuskiego filozofa kultury i socjologa Jeana Baudrillarda, tak pisze o swoim dramacie: "Skąd tytuł? Symulakr (simulacrum, -a) to byt udający, że jest czym innym, niż jest w istocie. To symbol, słowo, pieniądz, marka albo sam człowiek obsadzony w społecznej albo teatralnej roli. Tu istota rzeczy wydaje się rozmywać, a władzę przejmują obrazy, które odrywając się od swoich pierwotnych ról, stają się samodzielne, rozpoczynają własny pochód. Dramat naigrywa się z rozpanoszonej we współczesności duchowej lichwy, czyli nadawania sztucznej wartości temu, co nie istnieje. I nie chodzi tu tylko o wirtualny świat Internetu, ale również o nadużywanie dyskursów, tworzenie i niszczenie autorytetów, o demagogię i politykę. Są tylko pieniądze i słowa, słowa, słowa - reszta, która miała być milczeniem, została zagłuszona gadaniną. „Prawda” wypadła ze współczesnego słownika."

Wrocławski Klub Anima
Premiera:
14.02.2014 godz. 19.00
Spektakle:
13.02.2014 godz. 20.30
15.02.2014 godz. 19:00
Bilety: 10

czwartek, 30 stycznia 2014

Zapowiedź "Historii brzydoty" Wrocławskiego Teatru Pantomimy

Wielkimi krokami zbliża się premiera ”Historii brzydoty” w reżyserii i choreografii Anny Piotrowskiej we Wrocławskim Teatrze Pantomimy. Premiera odbędzie się 7 lutego (piątek) o godz. 19.00 na Scenie na Świebodzkim. Na przedstawienia popremierowe zapraszamy 8, 9 lutego o godz. 19.00.

Spektakl oparty na dziele Umberto Eco nawiązuje do współczesnego postrzegania wizerunku kobiety poprzez wszechobecną promocję powierzchownego piękna w skomercjalizowanym świecie. Ciało staje się podmiotem i przedmiotem przedstawienia, ciało poddane opresji nadzoru, przekraczające granice, ciało, które chce się uniezależnić od fizjologii. Piotrowska zastanawia się jakie opinie na temat anoreksji budują w społeczeństwie jej mitologię. W spektaklu będziemy obserwować konflikt pomiędzy dwiema postaciami: Boginią Aną i jej ofiarami. Reżyser nie tworzy jednak historii kobiet chorych na anoreksję, a ucieleśnia chorobę. Zastanawia się kim jest Anoreksja, co myśli, jak czuje.

"Historia brzydoty"
reżyseria i choreografia, scenografia, światło: Anna Piotrowska
muzyka: Michał Mackiewicz
Kostiumy: Anna Piotrowska/Adam Królikowski
Obsada: Izabela Cześniewicz, Agnieszka Dziewa, Maria Grzegorowska, Agnieszka Kulińska, Monika Rostecka

Maria Grzegorowska jako Anaria w przedstawieniu "Historia brzydoty",
fot. Magdalena Kulak

niedziela, 19 stycznia 2014

Recenzja "Pomarańczyka" - Wrocławski Teatr Współczesny

Niewiele we Wrocławiu możemy oglądać przedstawień teatralnych będących bezpośrednim komentarzem sytuacji politycznej w naszym mieście. Spektakl rozpoczyna się krótkim filmem wprowadzającym w historię pomarańczowej alternatywy, a kończy zdaniem, że Waldemar 'Major' Fydrych znajdował wielu naśladowców i właśnie o takim naśladowcy o chorym ego jest ta opowieść. Pytanie jak w to uwierzyć, skoro scenariusz powstał na podstawie książki Majora "Żywoty mężów pomarańczowych", jego bloga oraz wycinków z gazet dotyczących procesu na linii Biuro Promocji Miasta Majorem?

Czy "Pomarańczyk" jest o Majorze? Jest. Czy ośmiesza go poprzez komiczne wyolbrzymienie, w sposób karykaturalny ukazuje przywódcę Pomarańczowej alternatywy? Tak. Dlaczego Marek Kocot tak nieudolnie broni swojego dzieła przed atakami o upolitycznienie? Być może musi zachować wstrzemięźliwość w stosunku do głównego sponsora swojego pracodawcy. Przez stanie w rozkroku pomiędzy wizją artystyczną, a ugłaskaną wersją traci przede wszystkim samo przedstawienie.

W przedstawieniu Frydrych zachęcony przez dziennikarza przeprowadzającego z nim wywiad przeprowadza z publicznością parahappening, będący pastiszem działań aktywizujących społeczeństwo. Prowokując publiczność na granicy smaku, scena ta jako jedyna broniła idei dramatu, czyli tęsknoty za bohaterami, tymi którzy zostali zepchnięci z cokołu przez zapomnienie, albo za tymi, którzy sami się na nim nie utrzymali. Dlaczego Major nie porwał publiczności? Dlaczego wcześniej szły za nim tłumy, a dziś nie przebija się do ludzkiej świadomości? Czasy się zmieniły. Dziś protest nie jest zabroniony, zatem mniej kuszący.

Marek Kocot stworzył bardzo dobry duet z Aleksandrą Dytko, która przeistaczała się błyskawicznie z dziennikarza w sędzinę, kumpla z czasów studenckich, pułkownik z komisji wojskowej oraz korespondentkę zagraniczną przeprowadzającą niezamierzenie komiczny wywiad z 'Majorem', dopiero co wypuszczonym na wolność za rozdawanie deficytowych towarów (najlepszy duet).

Cytując alter ego Majora "Prawda jest jak dupa, każdy ma swoją". "Pomarańczyk" może i nie zaskakuje formą, nie jest też wykwintnym daniem dla koneserów teatru. To przede wszystkim sprawnie napisana i dobrze zagrana satyra. Niepotrzebnie komentowana tylko pod kątem wątków politycznych, co odstrasza potencjalnych widzów znudzonych ciągłym przekrzykiwaniem zainteresowanych stron na łamach prasy.

poniedziałek, 14 października 2013

Recenzja "Faust Fraktal" w reż. Elżbiety Bednarskiej

Na początku października Elżbieta Bednarska zabrała nas do Browaru Mieszczańskiego, aby opowiedzieć nam historię doktora Fausta widzianą z jej perspektywy. Wybór miejsca na tak monumentalne dzieło był trafną decyzją. Wędrówka Fausta przez koleje losu oddawało symboliczne przemieszczanie się widzów pomiędzy sale Browaru. Dzięki oryginalnej scenerii i aranżacji widzowie mogli oglądać akcję z różnych perspektyw i form teatralnych. Reżyser połączyła wiele różnych gatunków sztuki – muzykę, taniec, malarstwo, literaturę, teatr. Do tej artystycznej fuzji włączyła również naukę. Oryginalnym było wprowadzenie w świat fraktali i form fraktalnych przygotowane przez fizyka dr. Zbigniewa Kletowskiego, które płynnie przechodzi w fabułę spektaklu.

Spektakl powstawał w błyskawicznym czasie. Jednak pomysł na przedstawienie, jego dramaturgia, przygotowanie adaptacji scenicznej było zaplanowane już dużo wcześniej, co też było widać w spektaklu. Nie tylko jeżeli chodzi o dobranie zespołu aktorskiego, ale także ciekawą aranżację scenograficzną autorstwa Petry Korink. Michał Szwed (Faust, Mefistofeles) włożył mnóstwo energii i serca w swoją grę. Zebrał miejmy nadzieję owocne doświadczenie. Wśród międzynarodowej obsady mogliśmy oglądać Annę von Schrottenberg (Szwajcaria) oraz Richard Schnella (Niemcy). Przez całe przedstawienie byli w kontakcie z widzami, stworzyli niepowtarzalne kreacje aktorskie. Plastyczności przedstawieniu dodała Rosabel Huguet, jej Małgorzata była archetypem piękna, malowniczym obrazem kobiety, obiektem pożądania, a zarazem niedostępnego marzenia.

Na scenie zobaczyliśmy podopieczne Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii nr 2 zaczynające swoją przygodę z teatrem. Debiut wypadł bardzo obiecująco. Były integralną częścią przedstawienia. Wśród młodzieży z większym doświadczenie wystąpili Agata Kocimska-Zych oraz Stanisław Linowski. Agata przyzwyczaiła nas z poprzednich produkcji teatralnych do swojego talentu zarówno aktorskiego jak i wokalnego. Bardzo duży progres w stosunku do debiutu w "Manhattan Medei" osiągnął Staszek Linowski.
Najmocniejszą obecnością na scenie była jednak 8-letnia Zosia Linowska. Każde jej pojawienie się elektryzowało. Emanujący z niej spokój, opanowanie potęgowało nastrój mistycyzmu. Kulminacją była scena, gdy na jej zakończenie bezgłośnie podeszła do kobiety na widowni, wzięła ją za rękę i poprowadziła do następnej sali, dając tym samym znak do przejścia dla całej publiczności.

Wiele momentów w spektaklu zachwyca, przede wszystkim finałowa scena w białym tunelu, wokół którego rozgrywała się akcja. Widzowie wyłączyli częściowo zmysł wzroku na rzecz słuchu. To przemyślana forma idealnie wpasowała się w mistykę spektaklu. Podoba się także aranżacja sceny dziedzińca cesarskiego.

Na osobne komplementy zasługuje oprawa muzyczna przedstawienia. Wspaniała Natalia Rogińska wprowadzała mistyczną atmosferę piękną grą na skrzypcach, jej muzyka była osobnym wymiarem spektaklu. O nastroju scen decydował również Konrad Rogiński - człowiek orkiestra, wirtuoz nietuzinkowych instrumentów prowadził nas muzycznie przez wszystkie sceny Fausta. Swoim ujmującym głosem wzruszała nas Agnieszka Damrych. Piosenkami napisanymi przez Łukasza Damrycha wprowadziła do przedstawienia ciepło, była przeciwległym biegunem dla mrocznego Fausta.
Gratulujemy twórcom przedsięwzięcia i zapraszamy częściej do Wrocławia.

wtorek, 1 października 2013

Zapowiedź "To moja Marilyn Monroe" w CIA

6 października o godz. 19:00 zapraszamy na "To moja Marilyn Monroe" do Centrum Inicjatyw Artystycznych (ul.Tęczowa 79/81). Bilety 20zł. Monodram w wykonaniu wrocławskiej aktorki Eweliny Niewiadowskiej gościł m.in. na 41. Ogólnopolski Festiwal Teatrów Jednego Aktora (OFTJA), a we Wrocławiu zobaczymy go zaraz przed jego wystawieniem na IV Jesiennych Spotkaniach Teatralnych w Polkowicach.

Tytuł „To moja Marilyn Monroe” sugeruje, że to jest czyjś prywatny obraz ikony popkultury. Jak się jednak okazuje bohaterką monodramu jest bardzo przeciętna aktorka, która ma kłopoty z własnym życiem i opowiada nam swoją, na pozór dość banalną, historię. A tytułowa Marilyn Monroe jest gdzieś obecna w naszej świadomości, ale zdecydowanie dalej, gdzieś na trzecim planie. Bohaterka spektaklu to aktorka. Nie jakaś wyjątkowa, zwykła, która nie zrobiła kariery i zwątpiła w sens uprawiania tego zawodu. Jej więź z legendą amerykańskiego i światowego kina nie polega na jakichś artystycznych odniesieniach. Zdaniem bohaterki tego monodramu z Marilyn Monroe łączy ją podobieństwo życiorysów. Obie panie miały okropne dzieciństwo, a potem nie specjalnie im się wiodło w kontaktach z mężczyznami. Co tu kryć, mimo bardzo licznych prób obu – było, nie było - artystek. Ta opowieść jest rwana, pełna dygresji, niedopowiedzeń, tęsknot, samotności i najróżniejszych odcieni emocji. Nie wiemy do końca, kiedy bohaterka monodramu, której ani życie, ani teatralna kariera nie poukładały się najlepiej, z nami jest rzeczywiście szczera, a kiedy zmyśla i kłamie. Bez wątpienia chce nas sobą uwieść i zainteresować. Chce, byśmy nie myśleli, że jest taką kiepską aktorką, jak o sobie mówi. Cały czas prowadzi z nami tę dość przewrotną grę. Grę, której finał jest dość zaskakujący.